Dzieci i rodzice z marginesu reformy MEN

Rząd wcielił w życie zapowiadany przez PiS projekt 500+. Dobrze, że zwycięska partia dotrzymała swojej obietnicy, przynajmniej częściowo. Na pewno comiesięczna dotacja ze strony państwa pomaga wielu rodzinom, a pomoc tę szczególnie odczuwają rodziny wielodzietne. Ustawa nie jest doskonała i wymaga jeszcze dopracowania, ale zasadnicze działania zostały poczynione.

Czy się siedzi, czy się leży 500 złotych się należy

Sposób funkcjonowania programu 500+ nie jest skomplikowany. Państwo rozdaje pieniądze tym, którzy mają więcej niż jedno dziecko. Rodzice nie muszą spełniać żadnych dodatkowych warunków. Niejednokrotnie może nawet dochodzić do takich sytuacji, w których rodzice nie angażują się w wychowanie swoich dzieci i nie odznaczają się żadną gorliwością w wypełnianiu swoich rodzicielskich obowiązków. Żeby było jasne, nie mam na myśli sytuacji patologicznych, a jedynie niechciejstwo i niechlujstwo wychowawcze. Rodzice, żeby korzystać z 500+ muszą mieć po prostu dziecko. Założenie filozoficzne programu można streścić bardzo krótko: Masz dziecko, masz pieniądze. Innymi słowy, czy rodzic stoi czy leży, to i tak od państwa mu się należy. Skąd my to znamy?

Pracujesz? Jesteś wrogiem systemu!

A jak jest przez państwo traktowany rodzic, który pracuje z dzieckiem? Ojciec i matka, którzy rzetelnie i samodzielnie dbają o jego wychowanie i wykształcenie, często kosztem swojego rozwoju zawodowego? Rodzic, który edukuje swoje dziecko w domu, stał się za panowania Prawa i Sprawiedliwości wrogiem numer jeden!

MEN obcięło subwencję dzieciom edukowanym domowo. W praktyce oznacza to, że państwo przeznacza mniej pieniędzy na dzieci, których edukacją zajęli się ich rodzice. Zatem rodzice, którzy pracują, którzy wykonują część, a często wszystkie obowiązki związane z edukacją swoich dzieci za państwo, zostali niejako ukarani za to, że samodzielnie zajmują się swoimi dziećmi.

Państwo finansuje szkoły, nie edukację!

Co się dzieje, gdy rodzic edukujący swoje dziecko w domu, nie chce pomocy finansowej od państwa, za to prosi o wolność w decydowaniu o sposobie edukacji i wychowania własnego dziecka? Jest on wtedy posądzany o zachowania aspołeczne, patologię lub jakąś inną demoralizację.

Natomiast, jeżeli rodzic chce przywrócenia 100% subwencji oświatowej należnej jego dziecku, dostaje odpowiedź, że szkoły nie ponoszą wysokich kosztów edukacji ich dziecka. Przecież to rodzic sam je uczy. Przyznacie Państwo, że zawiła jest logika MEN.

Praca powinna być wynagradzana

A może rodzice, którzy uczą swoje dzieci w domu, powinni domagać się od państwa zapłaty za edukację swojego dziecka wg narzuconego przez MEN programu nauczania? Znając rozpowszechnioną filozofię PIS, zapewne zostaliby podejrzani o próbę wyłudzenia pieniędzy z budżetu państwa albo chęć defraudacji dobra wspólnego?

Dlaczego zatem państwo rozdaje pieniądze za nic nierobiącym rodzicom, a tym którzy wykonaną konkretną pracę, płacić nie chce? Cóż to za logika?

 

Photo credit: misha maslennikov via Foter.com / CC BY-NC-ND

Bądź na bieżąco, zapisz się do mojego newslettera

Magdalena Waleszczyńska Opublikowane przez:

Nauczycielka języka polskiego i etyki, pedagog specjalny, współpracuje z miesięcznikiem "Moja Rodzina", magazynem dla nauczycieli "Sygnał" i portalami wRodzinie.pl oraz Prawy.pl.