Minister Zalewska ratuje edukację domową

W ostatnich dniach, a nawet tygodniach na forach społecznościowych i nie tylko, można przeczytać wiele komentarzy rozżalonych edukatorów domowych, że oto pani mister ogranicza edukację domową. W jaki sposób? Otóż czyni to, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom właśnie tych najbardziej teraz narzekających. Dlaczego?

Pieniądze, pieniądze, pieniądze…

Zaczęło się to dawno, dawno temu, a może nie tak dawno, bo w zeszłym roku, obcięciem subwencji oświatowej na dzieci edukowane domowo. W zasadzie, rodziców edukujących swoje dzieci, nie za bardzo to dotknęło, z wyjątkiem tych, którzy otrzymywali od prywatnych szkół stypendia wypłacane z tychże subwencji. Oj, przepraszam, nie do końca jest tak, bo szkoła subwencją dzielić się nie może. To z jakich pieniędzy niektórzy rodzice otrzymują stypendia? Ano np. z pieniędzy pochodzących z czesnego pobieranego od rodziców dzieci uczących się stacjonarnie w szkole lub innych środków stowarzyszenia czy fundacji, które prowadzą taką placówkę. Wszyscy byli zadowoleni: szkoły, bo otrzymywały subwencję oświatową i rodzice, którzy otrzymywali od szkół stypendia porównywalne do jałmużny, biorąc pod uwagę proporcjonalność owego „zasiłku” do kwoty subwencji otrzymywanej przez szkoły. Wilk syty i owca cała. Do czasu…

Subwencje obcięto, obcięto również stypendia, które nie są wypłacane z subwencji… Tylko, jeśli nie są wypłacane z subwencji, dlaczego zostały obcięte? Ciekawe…

Podniósł się alarm! Rozgorzała wrzawa! Szkoły spanikowały, paniką zaraziły rodziców i co? Rodzice, zamiast pójść za ciosem i zgodzić się na obcięcie subwencji, a nawet powiedzieć pani minister, że w ogóle jej nie potrzebują, a w zamian za nią chcą edukacji domowej na wzór angielski, bez obowiązku szkolnego, zaczęli udowadniać pani mister, że bez szkoły wyedukować swoich dzieci nie potrafią, że szkoły organizują niezastąpione zajęcia pozalekcyjne i zaczęli żądać przywrócenie 100% subwencji, wykazywać, że dziecko edukacji domowej kosztuje szkołę więcej niż dziecko uczące się stacjonarnie, itp. Absurd jakich mało!

Co zatem zrobiła pani minister? Wyszła naprzeciw oczekiwaniom edukatorów domowych.

Ministerialna logika?

Jeśli szkoły odgrywają tak bardzo znaczącą rolę w edukacji dzieci edukowanych domowo, to należałoby umożliwić dzieciom uczęszczanie do takiej szkoły… Minister ograniczyła zatem możliwość wyboru szkoły dla dziecka uczonego w domu tylko do obrębu województwa, w którym dziecko zamieszkuje. Jasne jest, że dziecko nie będzie dojeżdżać na zajęcia pozalekcyjne do szkoły oddalonej od jego domu o trzysta kilometrów!

Rodzice edukujący swoje dzieci w domu głośno krzyczeli, że edukacja domowa, to nie jest edukacja prywatna i państwo powinno za nią płacić 100% subwencją. I znowu, by wyjść naprzeciw oczekiwaniom rodziców, minister zdecydowała, by uciąć nadużycia związane z naciąganiem rodziców na odpłatne badania psychologiczne w prywatnych poradniach lub gabinetach, które najczęściej funkcjonowały przy szkołach lub ze szkołami współpracowały, że opinie mogą być wystawiane tylko przez publiczne poradnie rejonowe, a co za tym idzie, będą nieodpłatne.

Kogo kosztuje edukacja domowa?

Ci, którzy edukują swoje dziecko w domu wiedzą, że edukacja domowa kosztuje. I kosztuje nie tyle szkołę, dyrektorów, państwo, ile rodziców. Edukacja domowa odbywa się w miejscach bezpiecznych  i oswojonych przez dziecko, w domu rodzinnym, wśród przyjaciół, znajomych. Nieliczni, i to bardzo nieliczni, korzystają z „niezastąpionych dobrodziejstw placówek szkolnych” i nieliczni potrzebują identyfikacji i kontaktu ze szkołą, do której dziecko musi być przypisane. A gdyby nie musiało? Ilu rodziców skorzystałoby z tej wolności?

Dlaczego zatem teraz ta część walcząco-krzyczących rodziców jest oburzona postępowaniem pani minister? A może wśród tych rodziców, którzy walczyli o odzyskanie subwencji, gloryfikowali wkład szkół i dyrektorów w proces edukacji ich dzieci nie było rodziców edukacji domowej, albo byli ci, którzy zostali wprowadzeni w błąd, zostali zmanipulowani lub podeszli do sprawy zbyt emocjonalnie?

Machina ruszyła. Edukacja domowa coraz bardziej jest ograniczana i zaczyna podlegać większej kontroli państwa. A mogło być tak zielono, jak na Wyspach… Tylko zabrakło jedności, zabrakło odwagi… „Miałeś, chamie, złoty róg, (…) ostał ci się ino sznur”.

 

Uprzedzając lawinę komentarzy, pragnę wtajemniczyć mniej wyrafinowanego czytelnika, że tekst jest ironiczny a momentami złośliwy, jak przystało na felieton. Jestem całym sercem za rozwojem edukacji domowej, bo w niej upatruję przyszłość edukacji w ogóle, o czym już niejednokrotnie pisałam w swoich felietonach.

Photo credit: Jyrki Salmi via Foter.com / CC BY-NC-SA

Bądź na bieżąco, zapisz się do mojego newslettera

Magdalena Waleszczyńska Opublikowane przez:

Nauczycielka języka polskiego i etyki, pedagog specjalny, współpracuje z miesięcznikiem "Moja Rodzina", magazynem dla nauczycieli "Sygnał" i portalami wRodzinie.pl oraz Prawy.pl.