Minister topi biznesy edukacyjne


W Polsce istnieją szkoły, które specjalizują się w edukacji alternatywnej. Przyjmują one bardzo chętnie uczniów edukowanych domowo. Oferują im upragniony przez nich spokój, a w zamian otrzymywaną za nich subwencję oświatową, która od 1 stycznia 2016r. została zmniejszona o 40%. Do tej pory w skali roku wynosiła ona około 5 000 zł. rocznie na dziecko. Natomiast, gdy posiadało ono orzeczenie o niepełnosprawności, to subwencja mogła dochodzić nawet do 50 000 zł. w skali roku.

Niektóre szkół zaczęły traktować edukację domową jako świetne uzupełnienie budżetów szkół stacjonarnych. Dzięki „dodatkowej” subwencji mogły oferować np. specjalistyczne zajęcia, starając się w ten sposób przyciągnąć jak największe grono uczniów-klientów. Oczywiście z tych zajęć mogli korzystać także uczniowie edukujący się domowo. Jednak trudno jest korzystać z nich tym, którzy mieszkają setki kilometrów od szkoły. Czy jest to uczciwe, czy „to tylko biznes”?

Po obcięciu subwencji podniósł się alarm! Odezwały się przerażone szkoły i zbulwersowani rodzice. Zastanawia mnie jednak, skąd w tej dyskusji wzięli się rodzice edukujący dzieci domowo. Jeżeli ich dzieci są uczone w domu, to co ich interesuje, ile pieniędzy trafia do szkoły? Przecież 60% subwencji zdecydowanie wystarczy na opłacenie administracyjnej obsługi ich dziecka. Chyba, że odezwali się rodzice, którzy w ramach edukacji domowej, realizują nauczanie zbliżone formą do nauczania indywidualnego. W takiej sytuacji wręcz oczekują od szkoły zajęć dodatkowych i wymagają, żeby państwo za to płaciło placówkom, do których zapisane są ich dzieci. Jednak to nie jest edukacja domowa.

Edukacja domowa to nie nauczanie indywidualne!

Nauczanie indywidualne polega na tym, że uczeń uczy się w domu, w obecności nauczyciela oddelegowanego ze szkoły. Ma prawo w każdej chwili dołączyć do klasy i brać udział we wszystkich zajęciach organizowanych w szkole. Taki uczeń jest mile widziany przez nauczycieli, bo za jego edukację dostają dodatkowe pieniądze. Mniej zadowolona jest gmina, bo musi wykładać dodatkowe fundusze. Jeśli uczeń ma oświadczenie z poradni psychologiczno-pedagogicznej lub lekarskie, że potrzebuje nauczania indywidualnego, wszyscy przeciwnicy muszą milczeć. Jest to dobre rozwiązanie dla wszystkich, którzy mają dzieci z dysfunkcjami lub różnymi orzeczeniami o niepełnosprawności. Nauczanie indywidualne jest przyjazne tym dzieciom pod względem finansowym, społecznym i edukacyjnym.

Wydaje mi się, że niektórzy rodzice decydujący się na edukację domową, a przede wszystkim dyrektorzy prywatnych szkół, nie do końca chcą widzieć różnicę między edukacją domową a nauczaniem indywidualnym. Subwencja oświatowa ma na celu kompleksowe wspieranie edukacji, a nie tylko pomagać w organizowaniu dla dzieci zajęć dodatkowych, udział w wycieczkach lub nawet systematycznie przeprowadzanych indywidualnych zajęć lekcyjnych, czyli tego wszystkiego, do czego mają dostęp uczniowie nauczania indywidualnego.

Potrzeba zmiany

Wśród rodziców „edukujących domowo” są również ci, którzy posyłają swoje dzieci do szkół alternatywnych. Ten rodzaj edukacji wybierają ci, którzy np. nie mogą lub nie chcą zrezygnować z pracy, by całkowicie poświęcić się edukacji swoich dzieci. Te rodziny powinny wywalczyć sobie miejsce w systemie i odciąć się od edukacji domowej. Wówczas, środowisko to, mogłoby walczyć o subwencję dla swoich szkół. Edukacja alternatywna, nauczanie w szkołach demokratycznych, Montessori i innych nie jest edukacją domową. Jeżeli szkoły i osoby związane z edukacją alternatywną występują w imieniu rodziców edukujących domowo, to uważam, że postępują nie uczciwie.

Konieczne jest oddzielenie edukacji alternatywnej od edukacji domowej i poszerzenie możliwości korzystania z nauczania indywidualnego. Należałoby uwolnić edukację domową od obowiązku szkolnego, a edukację alternatywną powierzyć szkołom specjalizującym się w tej formie nauczania. Tylko w ten sposób możemy uzdrowić i oczyścić edukację domową, która w sporze o pieniądze i wpływy różnych środowisk, cierpi najbardziej.

Edukacja domowa i jej wolność od pieniądza

Słusznie nauczanie domowe jest kojarzone z uczeniem dziecka w domu przez rodziców lub osoby wskazane przez nich. Takim rodzicom tak naprawdę zależy na przysłowiowym „świętym spokoju” i pełnej odpowiedzialności za edukację własnych dzieci. Chcą mieć wyłączne prawo do decydowania o tym, jak ma wyglądać nauka ich dzieci i jakie treści powinny być im przekazywane. Chcą uwolnienia od obowiązku realizowania podstawy programowej, a także od szkolnych egzaminów klasyfikacyjnych i innych wytycznych związanych z realizacją obowiązku szkolnego. Większość rodziców edukacji domowej nie chce żadnych pieniędzy od państwa. Nie widzą też potrzeby, aby ich dzieci były formalnie zapisane do szkół. Wystarczy im, aby mogły swobodnie realizować obowiązek nauki poza murami szkoły i posiadały prawo przystępowania do egzaminów państwowych, takich jak szóstoklasisty, gimnazjalny czy matura.

Papierki, bez których trudno żyć

Temat bezzasadności egzaminów państwowych poruszano już wiele razy. Niestety bez matury nie można zostać przyjętym na studia wyższe, a bez świadectwa ukończenia gimnazjum nie można być przyjętym do szkoły ponadgimnazjalnej. Dlatego dzieci edukowane domowo powinny mieć prawo do przystępowania np. do egzaminu maturalnego (jeżeli nie zostanie zniesiony), a także uzyskania świadectwa ukończenia danego typu szkoły. Cała formalność mogłaby zostać sprowadzona tylko do oświadczenia rodzica o ukończeniu przez jego dziecko danego poziomu edukacyjnego (szkoły podstawowej, gimnazjalnej, ponadgimnazjalnej), które mogłoby zostać uzupełnione np. o egzaminy kompetencyjne (takie jak po szkole podstawowej i gimnazjum). Jednak, czy na taką uczciwość i wzajemne zaufanie stać państwo i rodziców?

Konflikt interesów?

Rodzice nie tylko chcą rozmawiać o zmianach, ale chcą, by zostały one wprowadzone w życie. W toczących się rozmowach powinny wyraźnie zostać oddzielone argumenty środowisk edukacji alternatywnej, edukacji domowej i rodziców dzieci z dysfunkcjami. Gdy tak się nie stanie, będziemy mieli chaos komunikacyjny i pogłębiające się konflikty interesów, a kolejne biznesy edukacyjne będą szły na dno.

Photo credit: maryaben via Foter.com / CC BY-NC-ND

Bądź na bieżąco, zapisz się do mojego newslettera

Magdalena Waleszczyńska Opublikowane przez:

Nauczycielka języka polskiego i etyki, pedagog specjalny, współpracuje z miesięcznikiem "Moja Rodzina", magazynem dla nauczycieli "Sygnał" i portalami wRodzinie.pl oraz Prawy.pl.