Edukacja XX czy XXI wieku? Którą wybierze Władza dla naszych dzieci?

Cieszy myśl, że niespełna sześcioletnie dzieci będą mogły pozażywać dziecięcej swobody, a dopiero siedmiolatki pójdą do szkoły. Nie trzeba się śpieszyć do dorosłości, co nie znaczy, że nie należy pracować z małymi dziećmi. Dwu- lub trzylatek może już zacząć swoją edukację pod okiem kochających go opiekunów. W dużej mierze zależy to od rodziców.

Uzasadnione wydają się również przymiarki do zniesienia egzaminów szóstoklasisty i gimnazjalnego. Przecież nie można ich nie zdać i nie wpływają one na ciągłość dalszej edukacji dziecka. Wprowadzają wyłącznie segregację na dzieci, które mogą się dostać do „lepszego” – „gorszego” gimnazjum lub „lepszego” – „gorszego” liceum. Pisałam już o tym w felietonie Rodzice i uczniowie nabici w butelkę.

Również pozbycie się gimnazjów na rzecz ośmioletniej szkoły podstawowej wydaje się być dobrym rozwiązaniem, przynajmniej pod względem ekonomicznym. Zmniejszy się liczba zatrudnionych dyrektorów i administracji. Nie nastąpi to jednak z dnia na dzień i bezpośrednio zainteresowani będą mieli czas na zabezpieczenie swojej zawodowej przyszłości.

Zastanawiające jest jednak, czy przepychanie dzieci z jednego typu szkoły do drugiego, zasadniczo wpłynie na poprawę kształcenia. Przyglądając się obecnemu zamieszaniu wokół edukacji, zastanawia mnie, czy MEN ma jasno wyznaczone cele i metody do ich realizacji. Czy raczej chodzi o wywołanie zamieszania, które ma przysłonić inne poczynania rządu?

Przewidywanie czy wróżenie z fusów?

Edukacja idzie na przód, a my z naszym myśleniem o niej jesteśmy w XX czy XXI wieku? Nie wiemy, jak będzie wyglądał rynek pracy za dziesięć czy dwadzieścia lat. Jeszcze nie dawno za futurystyczne wizje uważaliśmy rozmowy przez bezprzewodowe telefony i niewielu przewidywało, że komputery najnowszej generacji będziemy nosić w kieszeni.

Edukacja XXI to ciągłe uczenie się i zdobywanie coraz to nowych umiejętności. Proszę nie mylić zdobywania ich z uzyskiwaniem kolejnych dyplomów. Wymogi formalne są tyko dodatkiem do rzeczywistej edukacji. Już chyba nikt nie wierzy w to, że wiedza zdobyta w okresie obowiązkowej edukacji wystarczy na kolejne 40 lat.

Uświadamiając to uczniom, otworzymy ich umysły i serca na naukę i na ciągłe poszerzanie horyzontów. Jak to zrobić? Należy zmienić sposób myślenia o edukacji publicznej i przekierować go na wychowanie do uczenia się i zdobywania wiedzy. Na pewno nie uczynimy tego, zmuszając uczniów do siedzenia w szkolnych ławkach.

A to ciekawe!

Dnia 7 lutego 1919 roku został podpisany dekret Naczelnika Państwa, pierwszy w Odrodzonej Polsce przepis wprowadzający obowiązek szkolny. A w nim czytamy:

„Art. 28: Przepisom o obowiązku szkolnym można uczynić zadość:
 a) w publicznych szkołach powszechnych,
 b) w innych szkołach wszelkiego typu, o ile zakres wiadomości w nich udzielanych, nie jest niższy, niż w publicznych szkołach powszechnych,
 c) w domu
Art. 29: W wypadkach pobierania nauki w prywatnych szkołach bez prawa publiczności lub w domu Inspektor Szkolny może zarządzić egzamin celem przekonania się, czy dzieci osiągają wykształcenie przepisane dla publicznej szkoły powszechnej w danej miejscowości. Jeżeli wynik zarządzonego egzaminu jest ujemny, Inspektor może z urzędu zapisać dziecko do publicznej szkoły powszechnej w danej miejscowości. (Dz.Pr.P.P. 1919 nr 14 poz. 147. Cz. VII)

Po wprowadzeniu w życie dekretu rodzice mieli pełną swobodę w wyborze drogi edukacyjnej swojego dziecka. Warto zwrócić uwagę, że dzieci edukowane w domu lub w szkołach niepublicznych, nie były zobowiązane do zdawania jakichkolwiek egzaminów. Chylę czoła przed mądrością ówczesnych władz. Czy stać na nią dzisiejszych decydentów? Czy obecna władza ma tyle zaufania do narodu, co ta z przed prawie stu laty? Czy ośmieli się oddać edukację dzieci ich własnym rodzicom?

Od czego to się zaczęło? Tu i teraz…

Dyskusja o zmianach w systemie edukacji i marzenia o jej uwolnieniu rozpoczęły się od zmniejszenia subwencji dzieciom edukowanym domowo. Rodzice starają się, aby przepis podpisany przez Minister uchylić. Zapominają chyba, że władza zdania zmieniać nie lubi. Trzeba pozwolić jej wyjść z twarzą z zaistniałej sytuacji. Można na przykład zaproponować, aby tę część subwencji, która została odebraną szkołom, przekazać w formie bonu oświatowego rodzicom edukującym dzieci domowo. To niech oni decydują, czy przekażą go do szkoły, do której jest zapisane dziecko, czy innemu podmiotowi świadczącemu usługi edukacyjne.

Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto przypomni Pani Minister, że prawie 100 lat temu realizowano świetny plan na edukację w Polsce. Został on uchylony dnia 7 kwietnia 1956, najprawdopodobniej dlatego, że dorośli obywatele musieli pracować, a dzieciom należało zapewnić wychowanie nie do wolności, a ku służbie jedynie słusznej ideologii.

A jakiego wychowania pragnie dzisiejsza władza ?

Photo credit: darkmatter via Foter.com / CC BY-NC-ND

Bądź na bieżąco, zapisz się do mojego newslettera

Magdalena Waleszczyńska Opublikowane przez:

Nauczycielka języka polskiego i etyki, pedagog specjalny, współpracuje z miesięcznikiem "Moja Rodzina", magazynem dla nauczycieli "Sygnał" i portalami wRodzinie.pl oraz Prawy.pl.