MEN dzieli dzieci na lepsze i gorsze?

Od nowego roku w Polsce będziemy mieli dwie kategorie dzieci – tańsze i droższe. Możemy się tylko domyślać, że z perspektywy nowego rządu, lepsze oznacza tańsze, a gorsze to droższe. Które dzieci są lepsze? Te edukowane domowo, bo ich edukacja od 1 stycznia będzie państwo kosztowała mniej i to aż o 40%. To totalna wyprzedaż, super okazja! Tylko dla kogo?

Wprowadzenie zmiany argumentowano tym, że placówki nie ponoszą tak dużych kosztów związanych z uczniami edukowanymi domowo, bo świadczą im tylko usługi administracyjne a nie edukacyjne. Ten argument wydaje się być logiczny. Powinna mu jeszcze towarzyszyć kampania zachęcającą do edukacji domowej, bo więcej uczniów w edukacji domowej to mniejsze koszty ponoszone przez państwo na utrzymanie szkół.

Rodzic na usługach państwa

Jednak nasuwa się pytanie: Kto w edukacji domowej realizuje podstawę programową? Oczywiście, że czynią to rodzice. Zatem, dlaczego zabierając szkołom część subwencji, nie proponuje się jej rodzicom uczącym swoje dzieci, według narzuconych wytycznych?

Podążając za tokiem rozumowania ministerstwa, że szkoła wykonuje tylko czynności administracyjne, „standardowa” subwencja powinna być dzielona między szkołę a rodziców edukujących dzieci domowo. Pojawia się też pytanie, czy nieprzekazanie części subwencji rodzicom, nie będzie sprzeczne z konstytucją, gdyż to oni realizują praktycznie zadania zlecone przez państwo.

W jaki sposób? To rodzice dopasowują treści nauczania do narzuconych im przez ministerstwo podstaw programowych. Nie mają dowolności w nauczaniu, a wręcz przeciwnie, mają obowiązek przekazywać dzieciom takie treści, które według nich są uznawane za bezsensowne, albo nawet sprzeczne z ich światopoglądem. Jednak muszą wykonać pracę, która została im zadana przez ministerstwo. A za pracę należy się wynagrodzenie.

Czy dojrzeliśmy do rewolucji?

Rozwiązaniem najbardziej optymalnym dla państwa, rodziców i nauczycieli byłoby uwolnienie dzieci od obowiązku szkolnego (chodzenia do szkoły). Natomiast obowiązek edukacji (uczenia się) dzieci mogłyby spełniać w domu. Rodzice mieliby możliwość samodzielnego przygotowania programów nauczania uwzględniających zdolności i zainteresowania ich dzieci. Tacy uczniowie mogliby przystępować do egzaminów państwowych wtedy, gdy uważaliby, że są do nich przygotowani. Już dziś niejeden licealista dzięki sukcesom w olimpiadach przedmiotowych posiada w ręku indeks uczelni wyższej, a wielu gimnazjalistów z sukcesem rozwiązuje zadania maturalne.

Niestety ani jedni ani drudzy nie mogą podjąć studiów, gdyż muszą odczekać kilka lat, żeby móc przystąpić do egzaminu maturalnego. I co z tego, że posiadają wiedzę i odpowiednią dojrzałość emocjonalną? Niestety, ograniczamy dzieci i ich potencjał sztucznymi ramami i przepisami. Dlaczego czternastolatek nie mógłby przystąpić do matury, jeśli jest do niej przygotowany? Dlaczego w wieku piętnastu lat nie mógłby zostać słuchaczem wyższej uczelni? Dlaczego dwudziestopięciolatek nie mógłby obronić doktoratu?

Wolna edukacja się opłaca

Rewolucja edukacyjna przysłużyłaby się: 1. Dzieciom, bo pomagałaby rozwijać ich zainteresowania; 2. Rodzicom, bo mieliby większy wpływ na edukację swoich dzieci; 3. Nauczycielom, bo mogliby z pasją uczyć tego, w czym są dobrzy; 4. Dyrektorom szkół, bo nie musieliby utrzymać w placówkach tych uczniów, którzy nie chcą się uczyć; 5. Ministerstwu, bo nie musiałoby płacić za tych, którym nie zależy na zdobywaniu wiedzy w szkole. Natomiast rola państwa ograniczałaby się do wskazywania wytycznych do egzaminów państwowych i organizowania bezpłatnej edukacji dla chętnych dzieci i młodzieży.

Kto będzie przeciwny? Szkoły, którym zależy na finansach, a nie na dobrej edukacji. Nauczyciele, którzy do zawodu trafili z przypadku, a nie z wyboru. Politycy, którym zależy na kontrolowaniu obywateli, a nie organizowaniu obywatelskiego i kreatywnego społeczeństwa.

Dlatego dyskusji nad okrojeniem subwencji dla dzieci edukowanych domowo nie powinniśmy popychać w stronę biadolenia nad sytuacją finansową szkół. Jest to niepowtarzalna szansa dla dzieci i rodziców, aby wywalczyć nowe prawa oraz stworzyć stałe i stabilne miejsce dla edukacji domowej w polskim systemie edukacyjnym. Osobiście uważam, że jest to wyśmienita okazja do rozpoczęcia w naszym kraju edukacyjnej rewolucji, dążącej do uwolnieniu edukacji i otworzenia Polski na nowe możliwości. Pytanie: Czy jesteśmy na nią gotowi?

Photo credit: Nationaal Archief via Foter.com / No known copyright restrictions

Bądź na bieżąco, zapisz się do mojego newslettera

Magdalena Waleszczyńska Opublikowane przez:

Nauczycielka języka polskiego i etyki, pedagog specjalny, współpracuje z miesięcznikiem "Moja Rodzina", magazynem dla nauczycieli "Sygnał" i portalami wRodzinie.pl oraz Prawy.pl.

Jeden komentarz

  1. 4 stycznia 2016

    Moje dzieci właśnie rozpoczęły swoją edukację – poza szkołą.
    Bardzo podoba mi się pomysł uwolnienia edukacji.
    Patrząc jednak na realia w naszym kraju, to odpowiedź na końcowe pytanie brzmi ponuro – NIE.
    Nasze dzieci raczej nie doczekają tak przełomowych zmian, ale może przynajmniej naszym wnukom będzie dane funkcjonować w innych, zdrowszych realiach 🙂

Brak możliwości komentowania.